niedziela, 28 grudnia 2014

Poruszająca opowieść o Japonii Gail Tsukiyamy

Tytuł : Ulica Tysiąca Kwiatów
Autor : Gail Tsukiyama
Wydawca : Świat Książki
Rok wydania : 2009
Ilość stron : 464
ISBN 987-83-247-0981-6

Dzisiaj recenzja ostatniej z zapowiedzianych na początku tego roku książek o Japonii. Autorką jest Gail Tsukiyama, urodzona w San Francisco córka Chinki i Japończyka. Zatem niech nie zmyli was nazwisko pisarki, to rodowita amerykanka ;] Napisała kilka powieści osadzonych w realiach Chin bądź Japonii, a Ulica... jest jedną z nowszych. Ostatnio była współczesna Japonia widziana oczami dziewczyny z Zachodu, wcześniej opowieści o świecie Gejsz. Tym razem opowieść zaczyna się na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej, a kończy w drugiej połowie lat 60. 

Głównymi postaciami są dwaj bracia, starszy Hiroshi i młodszy Kenji, wychowywani przez dziadków. To ścieżki ich życia poznajemy na kolejnych kartach powieści. Jednakże autorka sprawnie lawiruje również między krótkimi opisami życia z perspektywy otaczających chłopców osób, rodziny, nauczycieli, przyjaciół. Starszy brat jest silniejszy, chce być sportowcem i mistrzem sumo ale wybuch wojny uniemożliwił mu rozpoczęcie kariery. Młodszy z braci to wrażliwsza dusza, spokojniejszy i cichy, odnajduje w sobie artystę i chce tworzyć teatralne maski - istotny element japońskiej kultury i sztuki. Także i jego marzenie zostaje przerwane wojenną zawieruchą, a jego mistrz podejrzewany o bycie agitatorem musi uciekać. Jak ich losy ułożą się po zakończeniu wojny czy i w jakim stopniu będą mogli podążać za marzeniami? 

Tsukiyama umiejętnie opisuje zarówno szczęśliwe jak i tragiczne wydarzenia, dzięki czemu czytelnik ze strony na stronę zżywa się z bohaterami powieści i wraz z nimi przeżywa radości i smutki. Poruszające a czasami bardzo dosadne opisy czasów wojny, pożogi, wybuchów bomb w Hiroshimie, oraz późniejszej okupacji są z pewnością zaletą książki. Opowiadanie o tych wydarzeniach z perspektywy zwykłej osoby, cywila i przeżyć z tym związanych to kolejna z nich. Zarówno w japońskiej literaturze jak i w kinie ważnym elementem jest rodzina i społeczność. Ulica tysiąca kwiatów to piękna opowieść bazująca na tych motywach, tych drobniejszych zdarzeniach i tych większych - tak jak to w życiu bywa. Czytając tę książkę widziałam pewne podobieństwo do prozy Steinbecka. Powieść obyczajowa, o życiu, o rodzinie, o problemach i sukcesach. Nie trudno się wczuć w jej klimat. Dla niektórych osób początkowo czytanie może nie być najłatwiejsze, ale warto tej książce dać szansę. Zanim zauważyłam zostałam wciągnięta w tę niezwykłą historię nawet jeśli w głębi duszy nie chciałam by toczyła się właśnie w ten sposób.
Ocena będzie raczej wyjątkowo subiektywna 8/10

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Świąteczna ramówka


Okres przedświąteczny, a zwłaszcza czas od 24 do 26 grudnia zazwyczaj obfituje w świąteczne filmy, baśnie, opowieści bibilijne czy kolędowania i koncerty. Także i w tym roku pojawi się nieśmiertelny 'Kevin sam w domu', obowiązkowo w wigilijny wieczór (+ powtórki w kolejnych dniach). Któegoś roku widzowie dopatrzyli się braku tego filmu w świątecznej ramówce i narobili szumu rozsiewając wokół oburzenie, bo Kevin, film z lat 90tych stał się w wielu domach elementem tradycji. Nie zabraknie też innej klasyki z Chevy Chase'em w roli głównej czyli 'W krzywym zwierciadle: witaj Święty Mikołaju' (1989). W pierwszym dniu świąt pojawi się także komedia 'Święta Last Minute' (2004) oraz film animowany 'Artur ratuje Gwiazdkę'. Niestety 'Złoty Kompas' baśń filmowa także dla najmłodszych, pojawi się na wizji...pół godziny po północy (bez powtórek w innych dniach). Drugi dzień świąt to powtórki filmów z poprzednich dni, ale pojawi się też 'Świąteczna Gorączka', komedia z 1996 roku z Arnoldem Schwarzenegerrem, komedia muzyczna 'Zaczarowana' (2007) skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, oraz 'Śnieżne psy' komedia rok rocznie pojawiająca się w telewizji w okresie zimowym.
Jednak dla mnie, od jakiegoś czasu, nowym 'Kevinem' czyli filmem obowiązkowym na święta jest 'Love Actualy' (To właśnie miłość), komedia romantyczna pokazująca perspektywy kilku osób/rodzin właśnie w tym świątecznym okresie. W tym roku będzie można film zobaczyć tylko (niestety) na Universal Channel dzisiaj 22 grudnia o 20:00 albo w wigilię o 1:30 (w nocy). Mimo wszystko gorąco zachęcam.

W weekend 27 i 28 grudnia wraca tradycyjna ramówka ale na uwagę zasługuje jeden film, 'Służące' (2011) nominowany do wielu nagród. Zobaczymy go w sobotę na tvp1 o godz. 20:25 albo w niedzielę o 13:40.

Świąteczna ramówka wydaje mi się w tym roku raczej... mało świąteczna, albo mniej niż zazwyczaj. Zapewne usiądzie się w rodzinnym gronie i obejrzy coś wspólnie, chociaż prędzej z dvd niż tv ;]

WESOŁYCH ŚWIĄT!

piątek, 19 grudnia 2014

Świąteczne piosenki na świąteczny nastrój

Za niecały tydzień święta i z dnia na dzień przedświąteczna gorączka narasta, a najbliższy weekend dla wielu osób będzie kluczowy w sprawie wszelkich zakupów. Już od jakiegoś czasu w radiu puszczane są coraz częściej świąteczne piosenki. Czy są takie które pozwalają się uspokoić albo wczuć w bożonarodzeniowy nastrój na tyle by stres i pośpiech nie były odczuwalne? Mimo jesiennej pogody właśnie takie piosenki pozwalają mi nastroić się i uprzyjemniają czas zakupów i porządków. Rok rocznie początek sezonu oznajmia nam 'Last Christmas' (1984) grupy Wham!, którego częstotliwość prowadzi nie rzadko do znudzenia, ale nie ma Świąt bez 'Last Christmas' ;] Inna piosenka, która pozytywnie mnie nastraja to 'Coming home for Christmas' z 2005 zespołu Bonnaroo, przynajmniej ja czuję w niej wiele ciepła. Bardziej popowe wykonania znanych piosenek przez Christinę Aguilerę albo nastrojowe utwory Celine Dion również nierzadko można usłyszeć. Jest jednak wykonawca, którego piosenki urzekły miliony na całym świecie. Michael Buble i jego album 'Christmas' z 2011 roku cieszy się niesłabnącą popularnością i tylko w tym roku (od stycznia 2014) sprzedanych zostało na świecie ponad 8 milionów kopii. Ta popularność według mnie jest zasłużona. Artysta ma piękny, nastrojowy głos i nie tylko ten album pozwoli nam odczuć ciepło świąt. Chociażby utwór 'Home' z albumu It's Time z 2005 (nawet jeśli ze świętami nie ma nic wspólnego ;]). Jestem pewna, że w dyskografii artysty każdy znajdzie coś co zobrazuje mu świąteczny klimat. Poniżej kilka różnych utworów do posłuchania, muzyczna chwila relaksu :)





I jeszcze mały smaczek z 1953 roku znany też z wykonań Marlin Monroe i Kylie Minogue:



środa, 10 grudnia 2014

Japonia oczami amerykanki - Malena Watrous

Tytuł : Jeśli pójdziesz za mną
Autor : Malena Watrous
Wydawca : Świat Książki
Rok wydania : 2011
Ilość stron : 398
ISBN : 978-83-247-2161-0

'Jeśli pójdziesz za mną jest jedną z tych powieści, po której stronicach się przepływa z dużą przyjemnością. To pięknie i lekko opisana ciekawa i niecodzienna historia. Początkowo nastawiona byłam sceptycznie, ale szybko się przekonałam i nie mogłam się od niej oderwać.


Głównymi bohaterkami są Marina i Carolyn (chociaż akcja toczy się z perspektywy tej pierwszej), młode amerykanki będące od jakiegoś czasu parą, które połączyły ich osobiste tragedie i straty. Jako nauczycielki języka angielskiego jadą do Japonii, do małej konserwatywnej i pełnej zasad miejscowości. Nie trzeba będzie długo czekać aż zaczną pojawiać się nieporozumienia nie tylko na tle językowym ale przede wszystkim kulturowym. Spotykają się dwa tak różne światy i będzie to ciekawe doświadczenie dla obu stron. W obu bohaterkach następuje przemiana wewnętrzna. Wspólne mieszkanie w tak różnym od znanego im środowisku okazuje się próbą trudną do sprostania.


Okazało się, że powieść, co do której miałam pewne wątpliwości i niesłusznie obawiałam się wyidealizowanego romansu, to piękna historia. Poruszone jest tu wiele problemów współczesnego świata, tradycyjnych wartości, zamkniętego społeczeństwa, ale i kwestii związanych ze sferą uczuć i straty. Nietrudno zauważyć, że książka pisana jest ręką kobiety, ale to w tym wypadku zaleta. Autorka w latach 1998-2000 przebywała w Japonii jako asystentka nauczyciela angielskiego - native speaker. Zatem bardzo prawdopodobne, że wiele doświadczeń Mariny to przeżycia jej samej. Ta książka to spojrzenie na kraj kwitnącej wiśni oczami młodej dziewczyny z Ameryki więc nie można tego traktować jako pełnego obrazu tego kraju. Z drugiej jednak strony Japończycy to skryty naród i nie o wszystkim są w stanie powiedzieć ze względu na bardzo głęboko zakorzenione wartości i normy kulturalno-społeczne. Trzeba mieć to na uwadze sięgając po literaturę azjatów, sprawdzać biografie, które może pozwolą w jakimś stopniu zweryfikować poziom otwartości autora. Dlatego opisywanie Japonii z perspektywy człowieka z zachodu ma trochę zalet. Pewnym urozmaiceniem są wtrącenia japońskich słówek i zwrotów, które dodają klimatu.

Jest to książka niezwykle przyjemna i bardzo szybko wciąga. Godna polecenia myślę przede wszystkim kobietom, ale także każdemu kogo ciekawi małomiasteczkowa, współczesna Japonia.

Ocena 7/10

wtorek, 2 grudnia 2014

Fantastyczne Filmowe Zapowiedzi

Dzisiaj kilka zapowiedzi filmów, które pojawiły się na mojej liście 'do zobaczenia'. Nie wszystkie moje plany oscylują wokoło tematyki fantastyczno-baśniowej ale tych okazała się większość stąd notka tematyczna.

Już niedługo, 26 grudnia premierę ma ostatnia część trylogii Hobbita z podtytułem 'Bitwa pięciu armii'. Co jakiś czas pojawiały się nowe informacje i zwiastuny. Ale ja chciałabym zaproponować jednak piosenkę wiodącą filmu w wykonaniu Billy'ego Boyda, odtwórcy roli Pippina z Władcy Pierścieni, który wykonywał już piosenkę w trzeciej części 'Powrót Króla'. Zaprezentowana tutaj ma swój urok, ale nie podoba mi się tak ja Misty Mountain (w obu aranżacjach). Sam film zapowiada się imponująco i już nie mogę się doczekać.


Kopciuszek, o tej baśni wspominałam przy okazji recenzji Maleficent/Czarownicy. Pojawiły się zdjęcia oraz zwiastun, który zapowiada bardzo ładną baśń filmową. Wróżką chrzestną została, obsadzana raczej w rolach mroczniejszych bohaterów, Helena Bonham-Carter. Z kolei złą macochę zagra Cate Blanchett, a w rolę Księcia wcieli się Richard Madden znany większości widzów z roli Robba Starka z serialu Gra o Tron. Premiera 13 marca.


Film zatytułowany 'Pan' opowiadający historię Piotrusia Pana to kolejna baśniowa zapowiedź. Bardzo ciekawi obsada, między innymi zobaczymy Hugh Jackmana, Garretta Hedlunda czy Amandę Seyfried. Nie była to moja ulubiona opowieść ale zwiastun jest wystarczająco ciekawy by mieć ten film na liście do obejrzenia. To świat stworzony z zupełnie innej perspektywy. Równie ciekawa wydaje się ścieżka dźwiękowa. Premiera 15 lipca.

Kiedy u nas w kinach będzie Hobbit, światową premierę będzie miała baśń Tajemnice Lasu / Into the Woods oparta na podstawie książki Jamesa Lapine pod tym samym tytułem. Pojawiają się postacie znane z opowieści jak Kopciuszek, Czerwony Kapturek czy Roszpunka. Równie imponująca jest obsada z Meryl Streep wystąpią Emily Blunt, James Corden. Johnny Depp, Christine Baranski, Anna Kendrick czy Chris Pine. W tym roku Disney stawia na baśnie filmowe, ale ten film to będzie musical. Premiera w Polsce 13 lutego.

W tej notce nie mogło także zabraknąć nowego teasera Gwiezdnych Wojen. Przebudzenie Mocy to wg numeracji 7 część cyklu stworzonego przez George'a Lucasa, a przejętego przez studio Disneya. To nie jest lubiana przeze mnie saga, ale zwiastun narobił w internecie sporo szumu i wywołał falę komentarzy różnego sortu - według mnie jest mimo wszystko słaby. Skąd w takim razie Star Wars u mnie? Bo będzie Harrison Ford i Andy Serkis ;] Premiera u nas 25 grudnia 2015, a ja obejrzę ten film jakieś pół roku później o ile w ogóle ;]

niedziela, 23 listopada 2014

Rzeki Londynu – Ben Aaronovitch


Tytuł: Rzeki Londynu
Autor: Ben Aaronovitch
Wydawca: Mag
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 361
ISBN: 978-83-7480-425-7

Chociaż nie przepadam  za powieściami detektywistycznymi to opis książki na stronie wydawnictwa był na tyle intrygujący, że zdecydowałam się ją zakupić i przeczytać. Byłam ciekawa w jaki sposób poszczególne kwestie autor połączy. Słyszałam dobre opinie i postanowiłam sama się przekonać ile w tym prawdy. Kto jeszcze nie miał styczności z tą pozycją może uwzględni ją w swoich planach czytelniczych (albo prezentach świątecznych). 


Młody, początkujący londyński policjant Peter Grant natrafia na pewne zjawisko nadprzyrodzone. Początkowo podchodzi wobec tego spokojnie, ale nim się obejrzy zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i zaczyna uczyć się... na czarodzieja. Jak się okazuje, różnych ‘zjawisk’ jest o wiele więcej niż można by przypuszczać. Petera pod swoją opiekę bierze doświadczony czarodziej, inspektor Nightingale, zajmujący się takimi sprawami ale i ukrywaniem ich przed wzrokiem zwykłych ludzi. 

Wybór tej książki był bardzo dobry i spędziłam na niezłej zabawie sporo godzin. Rzeki Londynu napisane są bardzo lekkim i przystępnym językiem, z poczuciem humoru, dystansem oraz z wplecionymi w treść drobnymi żartami powodującymi uniesienie się kącików ust w delikatnym uśmiechu. To jest duża zaleta. Kreacje autora, zarówno świata jak i postaci są bardzo udane i intrygujące. Bohaterowie dają się lubić, a to jeden z ważniejszych czynników. Na uwagę zasługuje także garść ciekawostek i wiedzy o stolicy Wielkiej Brytanii. Czasami żałowałam, że do książki nie jest dołączona mapa Londynu, byłaby pomocnym urozmaiceniem. Nawet jeśli historia jest stosunkowo prosta to i tak godna uwagi. To bardzo dobra książka rozrywkowa.

Kolejną książkę autorstwa Bena Aaronovitcha ‘Księżyc nad Soho’ mam już na oku i ustawioną w kolejce do przeczytania, a póki co Rzeki... polecam każdemu :)
8/10

czwartek, 6 listopada 2014

Miasteczko Halloween (1993)

Zawsze między Halloween a Bożym Narodzeniem oglądam jedną z lepszych moim zdaniem, a przy okazji ulubionych animacji Tima Burtona. Nightmare before Christmas to produkcja pierwszej połowy lat 90., i jedna z tych, które są ponadczasowe. Stworzona w typowej dla Burtona stylistyce, nieco groteskowej, z postaciami wyglądającymi jak szmacianki lub figurki z plasteliny. W tym stylu powstała także np. Gnijąca panna młoda czy Frankenweenie

O czym jest koszmar przed świętami? To opowieść o miasteczku gdzie mieszkają wszystkie stwory, straszydła i upiory znane z legend i baśni, które w halloweenową noc wychodzą do świata ludzi żeby ich straszyć. Przez kolejny rok przygotowują się do następnych obchodów ich święta. Głównym bohaterem jest Jack Skellington (któremu głosu użyczył Chris Sarandon), który przypadkiem trafia do Miasteczka Bożego Narodzenia i zafascynowany jego ideą próbuje ją przeszczepić również na grunt swojej społeczności. Ale potwory mają to do siebie, że robią rzeczy potworne i straszne, a te pomysły są dla nich niezrozumiałe. Jednak Jack robi wszystko by zdążyć przed Świętami i odbyć je po swojemu. 

Historia jest prosta, trochę zabawna, a trochę gorzka kiedy bohaterowie zderzają się z rzeczywistością tak różną od swoich wyobrażeń. To na co jeszcze należy zwrócić to muzyka skomponowana przez Danny’ego Elfmana, który stworzył już dla Burtona nie jedną fantastyczną ścieżkę dźwiękową. Muzyka z Miasteczka Halloween w mojej opinii jest jedną z lepszych wśród filmów animowanych. Poniżej jedna z zabawniejszych piosenek o porwaniu Świętego Mikołaja, a także oczywiście temat główny wraz z o wiele mroczniejszą i bardzo klimatyczną wersją w wykonaniu Marlina Mansona. Gorąco polecam obejrzeć całą animację!
9/10




czwartek, 30 października 2014

Ćwiartka raz - książka 'towarzyska' Karoliny Korwin Piotrowskiej


Ćwiartka raz – o tej książce wspominałam przy okazji jednej z relacji z festiwalu w Kazimierzu Dolnym, gdzie Karolina Korwin Piotrowska miała spotkanie. Jest to jedna z niewielu książek, które nazwałabym książką towarzyską. Co przez to rozumiem? Ni mniej, ni więcej tylko czytanie na głos połączone z dyskusją – dlatego też zanim książkę skończyłam czytać (skończyłyśmy razem z koleżanką) minęło sporo czasu. 

Autorka w swojej książce opisuje zmiany społeczno–kulturowe jakie zachodziły w naszym kraju po 1989 roku aż po 2014. Jeden rozdział obejmuje jeden rok, a oprócz tego podzielony jest na podrozdziały tematyczne takie jak kino, muzyka, teatr, media, życie towarzyskie, skandale, a czasami osobnym działem wyróżnione są ważniejsze, ciekawsze filmowe produkcje, wydarzenia, osoby–celebryci. Dodatkowym smaczkiem są umieszczone przy marginesach tabelki z informacjami o nagrodach z różnych dziedzin oraz mini-kalendaria., również co kilkanaście stron są zdjęcia najciekawszych lub najbardziej skandalicznych okładek prasowych modnych i popularnych czasopism. Najważniejsze jest, że w tej książce nie są podejmowane tematy polityczne, w każdym razie nic ponad o nich wspomnienie. Prawdopodobnie gdyby autorka miała także temu tematowi poświęcić po kilka stron, to książka musiałaby mieć drugi tom podobnej grubości ;]. 
Wspomniałam już, że książka napisana jest bardzo lekkim językiem, często potocznym, zawierającym nieco żargonu. To się dobrze czyta, jakbyśmy rozmawiali ze znajomym. I to jest właśnie towarzyskość tej książki. Można ją czytać chronologicznie, albo działami... i dyskutować między sobą, albo wspominać wydarzenia, których byliśmy świadkami. Nierzadko bywało, że po przeczytaniu podrozdziału, albo jego połowy przez kolejne 10 – 15 minut dyskutowałyśmy o treści czy o naszych przeżyciach i wspomnieniach. Świetna zabawa, polecam!
9/10

Tytuł: Ćwiartka raz
Autor: Karolina Korwin Piotrowska
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: Warszawa 2014
ilość stron: 799
ISBN: 978-83-7839-758-8

poniedziałek, 20 października 2014

Ugly Betty - czyli serialowy misz-masz o modzie i pisaniu

Jesień, sezon grypowy i leżenie w łóżku kilkanaście dni. Co robić kiedy nic nie chce się robić? Można czytać, albo oglądać coś, najlepiej z ‘lekkiej półki’. Ja postanowiłam wrócić do serialu oglądanego kilka lat wcześniej. Oglądanie Ugly Betty to czas spędzony lekko i przyjemnie. Seriali o brzyduli powstało kilka. Brzydka, zaniedbana (a przynajmniej tak wyglądająca) dziewczyna przychodzi by pracować w branży modowej. Najpierw był południowoamerykański pierwowzór a później powstała na jego podstawie polska BrzydUla. Wraz z rozwojem fabuły z brzydkiego kaczątka, za pomocą kosmetycznej i stylizacyjnej metamorfozy, wyłania się piękna dziewczyna, która zaczyna romansować z szefem – telenowela. 

Zupełnie czymś innym jest amerykański ‘odpowiednik’ czyli Brzydula Betty, która przypomina raczej serialową wersję filmu ‘Diabeł ubiera się u Prady’, a w wielu odcinkach są sceny bazujące właśnie na tym filmowym odpowiedniku. Tytułowa Betty, to nie bardzo atrakcyjna, przysadzista ale pracowita i z ambicjami dziennikarskimi dziewczyna z Queens, która szuka pracy na Manhattanie. Do MODE, czasopisma o modzie, na stanowisko asystentki redaktora naczelnego trafia dzięki właścicielowi firmy. Niestety nie dzięki swoim umiejętnością ale urodzie, a właściwie jej braku – Bradford Mead chce by jego syn Daniel (nowy redaktor naczelny pisma) przestał sypiać z asystentkami i zaczął poważnie traktować swoje stanowisko. Betty pozostaje brzydką Betty niemal do samego końca ostatniego sezonu i w tym tkwi pewien urok, bo nie o samą zmianę wyglądu tu chodzi. A ubrania naszej brzyduli są... nietypowe i w porównaniu z szykiem i elegancją fashion industry Betty jest jak kolorowy ptak, bardzo kolorowy.

To typowy serial komediowy, bez dramatyzowania i patosu. Całkiem ciekawie pokazana jest praca w wydawnictwie (a nawet kilku), czasami karykaturalnie przerysowana. Poruszone jest tu też kilka kwestii związane z wyścigiem szczurów i konkurencją panującą w branży i niemal klasyczne już, że ‘wygląd to nie wszystko’, że ocenianie innych po pozorach i wyglądzie jest nie tylko krzywdzące, ale czasami po prostu nieopłacalne. Polecam każdemu łaknącemu prostej i lekkiej rozrywki. Serial z pewnością przypadnie do gustu fanom filmu ‘Diabeł ubiera się u Prady’ i każdemu chociaż trochę zaznajomionemu w branży modowej. Ponad to jest naprawdę bardzo fajnie zagrany, a kreacje postaci Marka i Amandy (asystenta ‘Diabła’ i recepcjonistki), dystyngowanej Wilhelminy Slater (dyrektor kreatywnej ‘wzorowanej’ na Mirandzie) ale i prostej rodziny Betty (ojca, siostry i siostrzeńca) to kreacje niesamowite, zabawne, które swoim zachowaniem bardzo często imponują, inspirują i oczywiście bawią. 

Serial ma cztery sezony po około 20 odcinków każdy. Jest serialem zamkniętym produkowanym w latach 2006-2010.

poniedziałek, 22 września 2014

Czytamy więcej?

Od pewnego czasu obserwuję pewne zjawisko, ośmieliłabym się powiedzieć, że w jakiś sposób je badam. Otóż ku mej radości widzę, że coraz więcej ludzi jednak czyta. Może to moje pobożne życzenia, ale pamiętam jak dwa, trzy lata temu… ba! nawet rok temu, kiedy wsiadałam do środków komunikacji miejskiej niemal wszyscy gapili się w okna, sporadycznie rozmawiali między sobą. Na mnie, czytającą książkę patrzyli jak na obcego. Jednak przez ostatnie pół roku, codziennie rano jadąc do pracy i wracając z niej popołudniu, odnotowałam większą ilość czytaczy. Nie jestem już jedyna. Ktoś ma czytnik, dwie inne osoby książkę papierową.

Ostatnio widziałam także pewne wyniki badań, statystyk, że osoby posiadające czytnik, czytają więcej. Ile w tym prawdy? Całkiem sporo, bo jak się zastanowiłam, zaliczam się do tej grupy. To elektroniczne cacko jest po prostu wygodniejsze. Lubię czytać książki objętościowo zacne, a że czytam w dużej mierze w tramwajach czy autobusach to kobyłka licząca powyżej 500 stron, w dodatku w twardej oprawie jest bardzo nieporęczna. Bez wolnego krzesełka ciężko, a mając tablecik można spokojnie stać. Oprócz tego książki ważą, a o takiej objętości zajmują także sporo miejsca w torebce. Mając czytnik, ilość stron czy waga już nie jest mi straszna… a gdybym skończyła czytać szybciej niż planowałam, zawsze znajdę w plikach jakąś ‘zapasową’ książkę – miałam taką sytuację. Czy to na dworze, czy w domu, na łóżku, na fotelu, na podłodze, wygodniej w każdej książkowej pozie i nie ma także obawy, że kartki latają (bo wiatr), i można się podeprzeć a ‘książka’ się nie zamknie. Ale najważniejsze jest to, że czy to na tablecie, czy w wersji papierowej, ludzie czytają. To podnosi na duchu ;].

Oczywiście w gwoli sprostowania, nadal wolę książki papierowe. Szelest kartek, zapach druku (tak, wącham książki) są doznaniami nie do zastąpienia. Nadal również, kupuję ich znaczne ilości i nie zamierzam przestać ;]

sobota, 20 września 2014

Kac Książkowy


Kac książkowy. Według definicji jest to niemożność rozpoczęcia czytania książki gdyż nie opuściło się świata, bohaterów poprzedniej, a wydarzenia, które ostatnio czytaliśmy nadal wywołują w nas emocje i refleksje. Chyba każda osoba, która czyta doświadczyła takiego uczucia, w mniejszym lub większym stopniu. Z jednej strony jest to niesamowita blokada, co zgarnąć z półki bo przecież jadąc autobusem nie będę patrzeć za szybę – taka strata czasu! Ale z drugiej strony to ogromny komplement dla książki, to także szczęście dla czytelnika, że znalazł lekturę tak pasjonującą. Ale to nie musi być tylko efekt przeczytanej treści, ale ilości czasu spędzonym w danym świecie. Ostatnio chłonęłam świat wykreowany przez Cassandrę Clare w Darach Anioła. Opisywałam już całą serię i chociaż nie było to dzieło wybitne to przez pewien czas nie wiedziałam co nowego zacząć czytać: ponad trzy tysiące stron, prawie dwa miesiące siedzenia w jednym świecie, to dużo. Mam już za sobą kilka takich książkowych kaców. Jak sobie z tym poradzić? Całkiem dobrą metodą jest rozpoczęcie lektury z zupełnie innego gatunku niż poprzednia. Jeśli była fantastyka, to zabieram się za historyczną, biografię, albo zwykłą obyczajówkę. W ten sposób mam niemal pewność, że oba światy nie będą sobie wzajemnie przeszkadzać w mojej głowie. Jeśli jakiś kryminał wywarł na tobie duże wrażenie, to weź jakąś powieść humorystyczną, lekką beletrystykę. Czasami celowo kupuję takie ‘książkowe przerywniki’, dla odpoczynku i dobrej zabawy. Ale jeśli akurat pod ręką nie mam takiego przerywnika, który chciałabym przeczytać? Pewnym ratunkiem są książki, które już znamy. Do niektórych książek chcielibyśmy wrócić, ale nigdy nie ma na to czasu. Taki kac to dobry argument. Trzecią metodą jest zgranie sobie na mp3 jakiegoś audiobooka – lektura podana w nieco innej formie. A może ktoś ma jeszcze inną metodę na leczenie kaca książkowego ;]? 

czwartek, 11 września 2014

Cassandra Clare - seria Dary Anioła (bez spoilerów)

Kiedy wpadnie się w czytanie serii książek mającej wiele setek stron można zapomnieć o całym świecie i mało co się liczy (chyba, że jest to jedzenie ;]). Tak było w przypadku serii Dary Anioła Cassandry Clare, którą zaczęłam czytać w połowie lipca, a zakończyłam wczoraj (i zapewne byłoby szybciej gdyby nie małe przymusowe przerwy). Ponad 3200 stron, niecałe dwa miesiące podróżowania i wczuwania się w klimat świata przedstawionego, a o poranku książkowy kac – prawie pół godziny zastanawiania się jaką kolejną książkę zgarnąć z półki. Wydaje mi się, że już to jest całkiem dobrą recenzją.

Wróćmy jednak do samej serii. Wcześniej opisywałam pierwszy tom czyli Miasto Kości, a teraz podsumuję pozostałe pięć tomów. Cały cykl można podzielić na połowę. Miasto Kości, Miasto Popiołów i Miasto Szkła mogłabym nazwać trylogią Valentine’a, gdyż wysiłki głównych bohaterów skupione są na tym by pokonać tego złego, o którym wspominałam w pierwszej recenzji. Historia jest wciągająca, autorka bardzo powoli odkrywa tajemnice życia poszczególnych postaci, z czasem zaczynamy się (w mniejszym lub większym stopniu) zżywać z bohaterami. Akcja prowadzona jest w bardzo dobrym tempie dzięki czemu nie ma czasu na nudę, cały czas coś się dzieje i to jest jedna z większych zalet tej książki. Czytając ją po prostu wpada się w ciąg akcji, z której ciężko się wydostać, ale kto by tam chciał ;]. Zakończenie tej mini-trylogii wydaje się satysfakcjonujące. Może bez fajerwerków, może nie znamy wszystkich odpowiedzi, ale to dobre zakończenie. Zanim zabrałam się za kolejne tomy czytałam opinie, że kolejne są o wiele słabsze, że nie warto. Ale już wpadłam w ten świat i potrzebowałam kolejnej działki.

Żeby nie spoilerować, nie powiem kim jest kolejny zły charakter, z którym nasi bohaterowie muszą walczyć. Z jednej strony jest podobny do Valentine’a, z drugiej posługuje się zupełnie innymi środkami niż jego poprzednik. Zatem w kolejnej trylogii i składających się na nią tomów: Miasto upadłych aniołów, Miasto zagubionych dusz, Miasto niebiańskiego ognia, mamy jeszcze więcej tajemnicy i magii. Niestety słowa, że ta część serii jest słabsza są prawdziwe. Niektóre sytuacje wydają się naciągane, a dramaty rozgrywające się między bohaterami trochę przerysowane. Ale mimo wszystko uważam, że warto. Jeśli ktoś dobrze lub doskonale bawił się czytając pierwsze trzy tomy, to spokojnie może sięgnąć po kontynuację serii. Co prawda ostatni rozdział i epilog nie były już aż tak porywające i wciągające, to dały wnikliwemu i ciekawemu czytelnikowi sporo odpowiedzi. Samo zakończenie jest w sumie tylko z pozoru szczęśliwe. Podziały między poszczególnymi grupami nie znikają, ludzie nie są mądrzejsi i zdają się niczego nie uczyć – jak to w ludzkiej naturze bywa, czego sama historia jest przykładem. Nie trudno nie zauważyć pewnej furtki wyjścia jaką tworzy sobie autorka, i jest to okienko raczej do osobnej sagi (jak trylogia Diabelskich Maszyn) osadzonej w realiach świata wykreowanego, niż do kontynuacji Darów Anioła. A przynajmniej ja mam taką nadzieję. Dobrze rozumiem, że można bardzo związać się z bohaterami wykreowanymi, chcieć powiedzieć więcej, opowiadać dalej nowe historie – i nie mam Cassie tego za złe.

Podsumowując, cała Saga Darów Anioła trzyma dobry poziom. Jest dobrą literaturą młodzieżową, idealną by się odprężyć i odpłynąć w świat ‘po drugiej stronie’. Polecam każdemu, chociaż z czytanych opinii, bardziej może spodobać się ona dziewczynom ;]

Póki co odpoczywam od fantastyki, ale nie omieszkam przeczytać wspomnianej już trylogii Diabelskie Maszyny, która jest de facto prequelem do Darów. Ciekawią mnie też kroniki Bane’a, a jest to bohater bardzo ciekawy. 

Bibliografia: nie będę umieszczała każdego kolejnego tomu w biblioteczce ale w postaci zbiorczej. Książki powstawały na przestrzeni lat 2007-2014, a wydawane w Polsce nakładem wydawnictwa MAG w latach 2009-2014. Obecnie na rynku są dwa wydania oraz pierwszy tom wydania ‘filmowego’.

ocena całości mimo wszystko wysoka: 8/10

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dyplomacja (2014) - thriller i teatr telewizji

W roku 1944 generał Dietrich von Choltitz, gubernator miasta Paryża otrzymał rozkaz całkowitego zniszczenia miasta zanim dotrą do niego wojska aliantów. Zburzenie miasta nie wiązało się z żadnym planem strategicznym. To miał być swego rodzaju akt zemsty, kaprys Führera i przemawiająca przez niego złość. Z historii wiemy, że rozkaz nie został wykonany, Paryż wraz ze swoimi zabytkami i dobrami kultury trwa niezmiennie. Osobą, która miała wpłynąć na zmianę decyzji generała Choltitza był szwedzki konsul Raoul Nordling. Rozpoczyna się gra dyplomatyczna i walka z czasem. 

Jak wspomniałam poprzednio był to pokaz premierowy i właściwie póki co jedyny (z tego co mi wiadomo) w naszym kraju. Do tej pory nie znalazł się żaden dystrybutor, a szkoda bo film był świetny. Akcja rozgrywa się głównie w jednym pomieszczeniu i oparta jest na dialogach. Mimo to nie można narzekać na nudę. Rozmowy prowadzone są dynamicznie, świetna gra aktorska odtwórców dwóch głównych ról (André Dussollier i Niels Arestrup), słowa od, których ważą się losy jednego z najpiękniejszych miast na świecie. Nawet jeśli znamy zakończenie tej historii to film trzyma w napięciu do samego końca. Część scenariusza oparta jest nie tylko o fakty ale również o sztukę teatralną Cyrila Gely’ego. Dużym plusem w moich oczach było pokazanie na samym początku filmów archiwalnych zrujnowanej Warszawy. Z jednej strony to pokazanie jak bardzo stolica sojuszniczego państwa ucierpiała, z drugiej zaś przerażający obraz tego co mogło czekać Paryż gdyby nie pewien szwedzki konsul. Bardzo dobre wprowadzenie podtrzymujące napięcie. Dyplomacja to koprodukcja francusko-niemiecka w reżyserii Volkera Schlöndorffa, który ma na swoim koncie kilka dobrych produkcji nominowanych do nagród międzynarodowych festiwali. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych filmów widzianych przeze mnie w ogóle. Zdecydowanie jest godna polecenia i uwagi.
8/10

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dwa Brzegi - drugiego dnia sporo się działo (cz.1)

Dzień drugi festiwalu – niedziela – obfitował w bardzo wiele i jak zwykle problemem był brak możliwości uczestniczenia we wszystkim. Jednak z dokonanych wyborów jestem bardzo zadowolona. Głównymi punktami programu były filmy krótkometrażowe i filmowy pokaz specjalny. 

Przed blokiem konkursowym postanowiłam się udać na spotkanie w empiku, tym razem nie znałam gościa, ale tytuł ‘Być kobietą i wreszcie zwariować’ był wyjątkowo intrygujący. Przeczucie mnie nie myliło i spotkanie okazało się rewelacyjne, zabawne i błyskotliwe, i z pewnością nie jedna osoba wyniosła z niego bardzo wiele (nie tylko książkę z autografem). Katarzyna Miller to przede wszystkim psychoterapeutka bardzo przyjemna w obyciu, podchodząca do życia (i siebie) z dystansem oraz swobodą i poczuciem humoru. Można powiedzieć, że jest to zdrowe podejście do życia i tego uczy osoby biorące udział w terapiach. Siedziałam tak długo jak mogłam, ale i tak musiałam niestety wyjść ze spotkania wcześniej bo już zaraz zaczynały się szorty. 

Muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych bloków filmów krótkometrażowych jakie miałam okazję do tej pory widzieć, a nie było tego mało. Szorty, których w początkowych edycjach Dwóch Brzegów nie doceniłam, to około dwugodzinne składanki produkcji trwających od kilku do kilkudziesięciu (do ok. 40) minut, zarówno filmów z aktorami, fabularyzowanych, jak i animacji. Zestaw filmów z 3 sierpnia był niezwykle udany i jak się okazało z końcem festiwalu – nagrodzony. Rozpoczął się produkcją ‘Canis’ (17’) z niezwykle mocnym uderzeniem. Zrobiony metodą animacji poklatkowej, lalkowej utrzymany w kolorystyce mrocznej sepii. Mimo szmacianek na ekranie był bardzo dosadny, naturalistyczny i na sali czuło się wibrujące emocje odbiorców. Właśnie one nie pozwalają łatwo określić tego filmu i z rozmów przeprowadzonych później wynikło, że różne osoby zrozumiały go i odebrały w odmienny sposób. Kolejny film ‘W jednej chwili…’ (15’) również utrzymany w kolorystyce sepii. Fragmenty filmu opatrzone komentarzem i sentencjami niezbyt przypadły mi do gustu i były małym przerywnikiem. Następna była ponownie animacja. 2,5 minutowe ‘Rzeki’ to realizacja oparta o wiersz Czesława Miłosza. To bardzo plastyczna, poklatkowa produkcja z postaciami z plasteliny, a jej realizacja trwała 1,5 miesiąca. Kolejna była 20 minutowa ‘Arena’ i trochę tak jak w tytule był to pokaz siły i tej fizycznej i tej wewnętrznej. Walka o pozycję w grupie ale i pewne refleksje przed kim tak naprawdę powinniśmy pokazywać swoją siłę? Po filmie, ponownie animacja i ponownie na podstawie wiersza, tym razem ‘Pająk i muchy’ (4’) Jana Brzechwy. Jednak w tej mini-produkcji nie było tekstu literackiego. Zabawna, błyskotliwa, nawiązująca także do ślepej pogoni za konsumpcją we współczesnym świecie. Nazwana także ‘filmem sfrustrowanej warszawianki’ z czym reżyserka całkowicie się zgodziła. ‘Gorzko, gorzko!’ (15’) to krótki film pokazujący karykaturę polskiej rzeczywistości. Przypadek sprawił, że właściciel domu bankietowego musiał zorganizować jednocześnie wesele i pogrzeb tak, by goście się nie zorientowali. Jak się okazało scenariusz powstał dla operatora Adama Mędrycha by mógł wykazać się swoimi umiejętnościami operując ‘steadicamem’. Pisany był on przez dwie osoby, a wytłumaczenie było bardzo ciekawe. Pierwsza osoba pisze to co podpowiada jej intuicja druga zmusza do odpowiedzenia na pytanie ‘dlaczego?’ – to z pewnością jest rozwijające. 
‘Gorzko, gorzko’ zajęło drugie miejsce w festiwalowym konkursie filmów krótkometrażowych. Następna była animacja poklatkowa ‘Królikarnia’ (7’), której postacie zrobione były z plasteliny. Niesamowita, opatrzona czarnym humorem pralnia umysłów ;] Idealny szort przed jednym z najlepszych, jaki miałam okazję oglądać, czyli ‘Mocna kawa nie jest taka zła’ (45’). Opowieśc o synu, który po latach nieobecności w kraju wraca by przekonać się czy jest taki sam jak jego ojciec. Treśc filmu oparta została na sztuce ‘Mending Fences’, a dodatkowe inspiracje reżyser Aleksander Pietrzak czerpał m.in. formy opowiadania obrazem Lyncha, z prostej Historii, Kusturicy, czeskiego kina, a przede wszystkim z Arizona Dream. Film jest fantastyczny, pełen humoru ale i refleksji, po prostu życia. Rewelacyjna gra aktorska (Marian Dziędziel, Mecwaldowski i Dorota Pomykała) oraz udane zdjęcia, za które odpowiedzialny jest Mateusz Pastewka. Ponieważ jest to etiuda, jednak dość krótka nie wiadomo czy będzie do zobaczenia poza festiwalami. Autor nie wyklucza możliwości umieszczenia jej m.in. w internecie w 2015 roku, zatem miejcie w pamięci ten kawowy tytuł ;]. 
Po bloku szortów przyszedł czas na spotkanie z ich twórcami, a przynajmniej niektórymi z nich. Jedno z bardziej udanych podczas całego festiwalu. Można było poznać kulisy ich powstawania, trudności na jakie natrafiali artyści. Pojawiło się także wiele ciekawostek ogólnotematycznych. Było jednocześnie zabawnie i pouczająco.
Po spotkaniu nie miałam wiele czasu i już biegłam na jeden z premierowych pokazów... ale o tym niedługo ;)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi - początek relacji, pierwszy dzień

Dobiegła końca ósma edycja Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Także i w tym roku było niezwykle gorąco i mam na myśli nie tylko upalne dni i wieczory. Mnóstwo spotkań, wiele wartościowych filmów i tylko żal, że czasami nie można się rozdwoić. Kilka następnych notek poświęcone będzie podsumowaniu kolejnych festiwalowych dni wraz z recenzjami. 


Pierwszy dzień (a właściwie jego połowa ze względu na późny przyjazd) to fantastyczne spotkanie z Karoliną Korwin – Piotrowską. Znaną, wygadaną i bezpośrednią dziennikarką, o bogatym doświadczeniu i szerokich horyzontach. Jak to bywa w cafe-empik, spotkanie miało na celu (niezwykle udaną) promocję jej najnowszej książki ‘Ćwiartka raz’. W tej kobyłce liczącej prawie 800 stron autorka opisuje ostatnie 25 lat przemian (w mediach, muzyce, kinie, obyczajowości) jakie zachodziły w kraju nad Wisłą. Jak sama podkreśliła jest to spojrzenie bardzo subiektywne, opisywane prostym wręcz mówionym i potocznym językiem. O samej książce z pewnością napiszę. Na spotkaniu zostałam bardzo zachęcona i po przeczytaniu już kilkunastu stron (obecnie 250 za mną) mogłam stwierdzić, że nie żałuje. 
Dziennikarka opowiadała także jak pokrótce wyglądała jej praca nad książką. Godziny siedzenia w bibliotece i poprzez mikrofilmy przeglądanie i czytanie najróżniejszych gazet – szacunek. W końcu nie można tylko polegać na własnej pamięci. Poza tym, czasami wystarczy bodziec, a z kolei na inne rzeczy patrzy się w innej perspektywy. Na spotkaniu pojawiło się sporo anegdot, dygresji, a niektóre z nich zawarte zostały w książce. Już to (nie mówiąc o lekturze) było fantastyczną i sentymentalną podróżą w przeszłość, chociaż dla niektórych będzie to z pewnością nauka nowego ale i szok.

Dzień zakończył się niezwykle przyjemnie koncertem Młodej Polskiej Filharmonii. To jedyna w Polsce orkiestra młodzieżowa dotowana z prywatnych funduszy. Dyrektorem artystycznym i dyrygentem jest muzyk Adam Klocek. Idea doprawdy fantastyczna równie fantastyczny był efekt.

czwartek, 31 lipca 2014

Valiant Hearts - The Great War


Rynek gier jest niezwykle bogaty i zróżnicowany, ale coraz częściej niestety powtarzalny. Czasami jednak znajdzie się pośród nich perełka, która powinna zainteresować nie tylko graczy.

Ubisoft w innych swoich produkcjach pokazał jak dużą wagę przywiązuje do wiedzy zawartej w grach w wielu jej dziedzinach. Valiant Hearts : The Great War to gra, która ukazała się w tym roku a historia bohaterów rozgrywa się na froncie pierwszej wojny światowej. Wiedza, o której zdążyłam wspomnieć, przedstawiona jest tutaj w postaci krótkich wpisów w dzienniku oraz ‘znajdziek’ tematycznych dzięki czemu nie ma przesytu informacji. Nie jest to jednak (tylko) gra edukacyjna. Jest to typ platformówki i zawiera w sobie wiele elementów logicznych oraz zręcznościowych. Ale najważniejsza jest zawsze opowieść, poruszająca historia kilku osób oraz psa, których losy splotły się podczas wydarzeń wojennych. Przyjaźń, braterstwo i rodzina w konfrontacji z brutalnością i okrucieństwem tej strasznej wojny. Gra jest nośnikiem wielu emocji, czasami bardzo silnych (powodujących efekt mokrych oczu) i to jest jej ogromny plus. Obok tej produkcji nie można przejść obojętnie.

Dla kogo jest ta gra? Na pewno dla osób lubiących typ gier platformowych, ale zawierających w sobie coś więcej niż tylko bieganie i skakanie. Dla osób, które lubią historię, albo w sposób bezbolesny chciałyby poznać jej fragment. W końcu co jest istotne, jest to gra dla osób w każdym wieku, zarówno młodzieży jak i dorosłych, choć z pewnością każde odbierze tę grę w nieco inny sposób. Zdecydowanie polecam zapoznać się z nią każdemu, i chociaż nic nie zastąpi gry to przynajmniej obejrzeć. Wydaje się, że Ubisoft w końcu zrobiło coś dobrze od początku do końca: Valiant Hearts : The Great War.

8/10

piątek, 25 lipca 2014

Miasto Kości (2013 film) - produkcja zmasakrowana (zawiera spoilery)

Czasami zastanawiam się po co ja w ogóle oglądam filmowe adaptacje książek, zwłaszcza tych, które bardzo mi się spodobały. W większości są to produkcje słabe, wykaszające treść, emocje i fakty jak kosiarka tnie trawę. Pewnie dlatego, że jednak kocham kino i liczę, że zostanę pozytywnie zaskoczona. Tym razem zostałam tak zaskoczona, że na długo zaniemówiłam.

Jak wspomniałam przy okazji recenzji książki, do jej przeczytania skłoniłam się dowiedziawszy się, że pojawi się ekranizacja pierwszego tomu. Mimo wszystko porównywanie filmów i książek mnie bawi. Tym razem nie było w tym nic zabawnego. Prawdopodobnie gdyby nie pewne poczucie obowiązku doprawionego szczyptą ciekawości wyłączyłabym film po najwyżej 15 minutach. Zazwyczaj dopuszczam pewne naginanie faktów, skracanie wątków, albo pomijanie niektórych rozumiejąc, że film przecież nie może trwać 6 godzin. Ale to co zrobiła pani scenarzystka Jessica Postigo woła o pomstę do nieba… i Aniołów. Takiego chaosu, przeinaczania faktów i charakterów bohaterów to ja chyba nigdy nie widziałam. Aktorów wybierał chyba ktoś, komu wydano polecenie „wybierz kogoś fajnego”. Muzyka także była słaba, nie pasująca (tylko jeden motyw podczas walki z wampirami wydał mi się odpowiedni i ciekawy). Technicznie również kiepsko. Ale żeby nie popaść w chaos zacznijmy od bohaterów. 

Główna bohaterka nie wydawała się tak ruda jak ruda być powinna i przy całym swoim uroku Lily Collins poradziła sobie średnio, a sam film robi z niej heroinę, którą w książce nie jest (co podkreśliłam w poprzedniej recenzji). Jej przyjaciel Simon (Robert Sheehan) jest chyba jednym z lepiej dobranych aktorów i z rolą także sobie jako tak poradził. Jace (Jamie Campbell Bower) wygląda jak chuderlawy zapadnięty w sobie wampirek i rozumiem, że to kwestia gustu, ale do opisanego w książce dobrze zbudowanego casanovy mu daleko. Eteryczne i elfowate rodzeństwo Alec i Isabel prezentują się niezwykle topornie. O ile Isabell nie była jeszcze zła (choć ubiegająca się o tę rolę Kirby Bliss Blanton wyglądałaby lepiej), to sam Alec wygląda raczej na 30 niż 16 lat… oh zaraz… aktor właśnie w tym roku kończy 30 lat. To jest jeden z bardziej rażących błędów w obsadzie. Drugim jest ‘ten zły’. Valentine to dumny, wyniosły i zimny Nocny Łowca o długich prawie białych włosach, niezwykle wysoki i postawny… w filmie mamy niezrównoważonego psychicznie wyglądającego dość młodo i szczupło szaleńca z krótkimi czarnymi włosami (które Jace ma z pewnością po nim). Po raz kolejny twórcy olali wiek aktorów przez co ojciec głównego bohatera wygląda raczej jak jego brat, a rówieśnik jak potencjalny ojciec. Ale ponieważ ze starszymi aktorami problemu nie ma to Aidan Turner jako Luke, Jarred Harris jako Hodge oraz Godfrey Gao jako Magnus Bane prezentowali się zacnie podobnie jak ich gra.

Poznęcałam się nad doborem aktorów teraz czas na całą resztę. Kolejnym zaprzepaszczonym elementem były emocje jakie powinny momentami wręcz iskrzyć między bohaterami. Ale po co? Filmowa Clary przeczytała książkę o sobie samej więc dobrze wie o uczuciach Aleca, bo w samym filmie nie było ani jednego zachowania czy spojrzenia, po którym można było taki wniosek wysnuć i powiedzieć to na głos. Simon, który poprzez podlizywanie się Isabell chce wzbudzić zazdrość u Clary, oraz jego odważna postawa i ratunek dla bohaterów (co ma późniejsze konsekwencje) zostały wykastrowane. W końcu uczucie między Jace’em i Clary jest płaskie jak ściana, a pseudo hollywoodzki pocałunek wyszedł dziwnie i sztucznie. Nawet wątek Valentine’a i Jace’a psychologicznie został zmasakrowany.

Przez cały czas trwania filmu miałam wrażenie, że oglądam dwa. W jednym momencie aktorzy odgrywają między sobą jakąś scenkę i rozmowę, w drugim rzucają tekstem z książki, wyjętym z kontekstu, wypranym z emocji, albo nie mającym w ogóle nawiązania do wcześniejszych wydarzeń czy rozmów w filmie. Zastanawiałam się, czy ktoś nie ma dylematu czy tworzyć własną produkcję, czy może jednak opierać się na książce, przez co wiele kwestii pasowało jak pięść do oka. Problemem było nie tylko zmienianie charakterów bohaterom, ale także motywów ich działań, samych ich efektów przez co zmianie ulegała sama historia (wmieszali w to nawet biednego Bacha). Te dziesiątki minut bezsensownych i naciąganych scen można było bez problemu dostosować do literackiego pierwowzoru. Przykre było też to, że w książce było sporo żartów, a film tego zabawnego, swobodnego aspektu jest właściwie pozbawiony.

Oglądając Miasto Kości można było doświadczyć momentami małego deja vu. Pokój (!) gościnny jako żywo przypominał mi salę szpitalną z Harry’ego Pottera, a Biblioteka gabinet Dumbledore’a. Scenka w ogrodzie czy przy fortepianie była jak ze Zmierzchu. Można było nawet odnaleźć analogie do Gwiezdnych Wojen, a kto wie czy wprawne oko nie dostrzegłoby jeszcze czegoś.


Całość filmu prezentuje się żałośnie słabo, budzi politowanie, zawód a czasami nawet złość. Słyszałam opinie osób, które nie czytały książki, że film był dla nich zrozumiały i dobry – bo Zmierzch był słabszy. Problem polega na tym, że film całkowicie mija się z książką. Produkcja drugiej części, ze względu na brak oczekiwanego dochodu z Miasta Kości, została zawieszona. Jednakże (niestety) za namową fanów Miasto Popiołów jednak powstanie.Nigdy nie widziałam tak słabej ekranizacji i dawno tak słabego filmu jako takiego. Nie polecam


3/10 (plus za Magnusa, Luke’a i Jocelyn)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Miasto Kości. tom 1 serii Dary Anioła Cassandry Clare (bez spoilerów)

Przeczytaniem serii ‘Dary Anioła’ Cassandry Clare zainteresowałam się właściwie po usłyszeniu, że na ekranach kin ma pojawić się adaptacja pierwszej części. Zawsze ciekawi mnie w jaki sposób filmowcy przekładają słowo pisane na srebrny ekran, niestety zazwyczaj niezbyt fortunnie. Ale dzisiaj o książce. Słyszałam o niej sporo dobrego, ale mimo to bardzo młodzieżowa (co by nie powiedzie dziecinna) szata graficzna pierwszego wydania niespecjalnie zachęcała. Mówi się, że nie należy oceniać książki po okładce, po raz kolejny to powiedzenie okazuje się prawdziwe.

Po ‘Miasto Kości’ sięgnęłam z dwóch powodów; potrzebowałam czegoś lekkiego, a nic innego nie miałam, pod ręką. Mogę powiedzieć, że dostałam to, czego oczekiwałam  i byłam mile zaskoczona bardzo szybko się wciągając w lekturę. Mając w pamięci, że bohaterowie to 15 i 16 latkowie przymykałam oko na niektóre nieco infantylne sytuacje i teksty ale o wiele więcej wzbudziło we mnie śmiech gdyż jako żywo przypominają faktyczne rozmowy współczesnej młodzieży. Sam szablon historii jest bardzo prosty. Mamy świat rzeczywisty i ukryty (po trosze równoległy) świat magiczny podzielony na tych ‘dobrych i złych’, a głównym celem jest powstrzymanie Tego-Złego-Który-Przeżył-Choć-Wszyscy-Myśleli-Że-Zginął. Pomimo, że jego imię zaczyna się na tę samą  literę co innego ‘złego’ to imię Valentine można wymawiać ;). Także i tutaj pojawia się już przerabiany nie raz motyw szaleństwa i czystości rasy, ale to nie przeszkadza.

Spójrzmy na główną bohaterkę: Clarissa Fray to przeciętna dziewczyna wychowująca się tylko z matką - artystką, mająca przyjaciół i ogólnie będącą zadowoloną z życia. Zbieg okoliczności (a może przeznaczenie) powoduje, że zobaczyła to czego ‘nie powinna’ i została wepchnięta w wir wydarzeń, związanym ze światem niewidzialnym dla zwykłych ludzi. Okazuje się, że ona sama także nie jest zwykłym człowiekiem (oczywiście, inaczej książki by nie było :P). Clary wpadła na ścieżkę, z której właściwie nie ma odwrotu. Jej matka została porwana, Luke będący przyjacielem rodziny nie chce jej widzieć i chcąc nie chcąc musi polegać na grupie tajemniczych Nocnych Łowców. Nefilim, wokół których krążą różne legendy, według jednej z nich zostali stworzeni przez Archanioła Razjela za pomocą zaklętego Kielicha, który to artefakt jest jednym z elementów poszukiwanych przez bohaterów książki. 

Można powiedzieć, że liderem grupy młodych Nocnych Łowców jest Jace, przystojny blondyn, często cyniczny, ale oddany grupie i najpewniej najzdolniejszy z nich. Jest także piękne i po ‘elficku’ eteryczne rodzeństwo, Alec i Isabelle, którzy z o wiele większym niż Jace dystansem, a nawet niechęcią, odnoszą się do głównej bohaterki. Jest też całkowicie ludzki Simon, najlepszy przyjaciel Clary, , który odegra w tej historii niemałą rolę. Oczywiście nie mogło zabraknąć mentora. Hodge jest opiekunem Instytutu, domu bohaterów, ale i miejsca schronienia dla każdego Nocnego Łowcy jaki znajdzie się w potrzebie.

To, co między innymi mi się podoba, to kreacja głównej bohaterki. Autorka nie próbuje z niej na siłę robić heroiny, która nagle umie wszystko tylko dlatego, że dowiedziała się kim jest. Clary wielu rzeczy musi się nauczyć i ćwiczy. Czasami bywa niezdarna i całkowicie po ludzku paraliżuje ją strach. Nie jest pewna komu wierzyć, waha się i boi, ale też stara się, rozwija i oswaja się z powoli pokazującymi się umiejętnościami. Każdy z bohaterów książki ma własną wyraźną osobowość, pakiet wartości i celów, które czasami ulegają lekkim zmianom. Kreacja świata i innych stworzeń mistycznych w większości opiera się na motywach czerpanych z folkloru ale autorka nadaje im pewien indywidualny charakter co także jest plusem. 

Styl autorki jest bardzo lekki i przyjemny. Nie ma patosu czy stronicowych rozważań natury egzystencjalnej lub filozoficznej. Akcja prowadzona jest w dobrym tempie, przeplatana humorem. Gdybym do czegoś miała porównać ‘Miasto Kości’ byłaby to Trylogia Czarnego Maga Trudi Canavan. Bardzo zacna fantastyka dla trochę starszej młodzieży. Gdyby ktoś nie wiedział co zabrać ze sobą na kocyk albo na plażę, to 1 tom darów anioła jest dobrym pomysłem 

w kategorii książki młodzieżowej 1 tom dostaje 9/10

niebawem recenzja filmu :)

niedziela, 13 lipca 2014

Mineko Iwasaki - kolejna słynna gejsza

tytuł: Gejsza z Gion
wydawca: Albatros Wydawnictwo
tłumaczenie z j. angielskiego: Witold Nowakowski
ilość stron: 320
rok wydania: lipiec 2006
ISBN: 978 83 735938 0 0

Gejsza z Gion to kolejna z zapowiadanych na początku tego roku książek o kraju kwitnącej wiśni, a dokładniej mówiąc o życiu, kulturze i zwyczajach nie tylko samej Japonii ale zwłaszcza tajemniczego świata gejsz, świata ‘wierzb i kwiatów’. O ile Madame Sadayako Lesley Downer była wzorową i dopracowaną biografią o tyle Wyznania Gejszy Arthura Goldena to pełna emocji i uczuć powieść beletrystyczna, a nawet romansidło napisane ładnym językiem. Gejsza z Gion zdaje się plasować pomiędzy tymi dwiema książkami.

Jest to historia Minako Iwasaki, ‘najsłynniejszej’ gejszy z Gion. Co ciekawe, każda z bohaterek mówiła o sobie dokładnie tak samo. Ale patrząc na daty ich życia i kariery, każda z nich miała swoje racje. Sada urodziła się jeszcze przed erą Meiji, była sławna już przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Historia Sayuri rozgrywa się głównie w latach międzywojennych z kolei kariera Minako przypada na okres długo po drugiej wojnie światowej. Dlatego czytając każdą z tych książek, właśnie owe okresy historyczne należy mieć na uwadze, głównie ze względu na prawodawstwo, tradycję, otwarcie (czy też zamknięcie) na świat zewnętrzny, zmianę mentalności. Iwasaki w swojej książce opowiada w zadziwiających szczegółach o swoim życiu, o karierze o prawidłach rządzących światem gejsz. Zaskakująca jest pamięć autorki opisującej swoje wspomnienia w wieku 3 czy 5 lat i to całkiem dokładnie. Z pewnością mogła dobrze pamięta emocje, a może i niektóre zachowania, towarzyszące spotkaniom z pewnymi osobami, ubrana w szczegóły na potrzeby książki. Podobno Minako zdecydowała się napisać swoje wspomnienia nie mogą znieść kłamstw wypisywanych przez Goldena. Abstrahując od epoki w jakich obie gejsze żyły, nawet jeśli w świecie wierzb i kwiatów czas zwolnił a nawet stanął w miejscu, nie można zapomnieć o emocjach i celach jakie towarzyszyły obu bohaterkom (i autorom!). Gejsza z Gion to książka wypełniona szczegółami ceremonii, zasad, świąt, stylu życia, hierarchii i oczywiście nazw poszczególnych przedmiotów i ceremoniałów. Uważny czytelnik nie będzie miał jednak problemów z przyswojeniem czy nawet zapamiętaniem tych wiadomości. Nie można jednak nie odnieść wrażenia, że pewne elementy zdają się ‘w dobrym tonie’ przemilczane i zastanawiam się co jeszcze mogło w ten sposób zostać pominięte. Iwasaki, jako wrażliwa artystka całkiem słusznie miała prawo zdenerwować się, że w umysłach obcokrajowców gejsza jawi się jako luksusowa prostytutka. Od wieków ‘ludzie zachodu’ mieli problem ze zrozumieniem kultury i mentalności Japończyków, a subtelności i niuanse tak ważne w świecie dalekiego wschodu, były przez osoby z zagranicy pomijane. Dzisiaj, ten obraz zdaje się jaśniejszy i nie tak stereotypowy. Minako raczy nas ogromną ilością szczegółów więc jest to z pewnością gratka dla każdego, kto interesuje się Japonią. Nie mogę jednak w stu procentach pochwalić tej książki. Prawdopodobnie dużą winę ponosi przekład (język japoński tłumaczony na angielski, a ten dopiero na język polski). Zdania są krótkie, czasami sprawiają wrażenie nieco chaotycznych. Momentami czułam się, jakbym czytała podręcznik z formułkami a nie powieść. Ale nie mogę tym obarczać autorki. 

Podsumowując, sama książka okazała się bardzo zgrabną opowieścią gejszy o jej życiu. Z pewnością jest to lektura dla każdego kto chciałby dowiedzieć się więcej o kulturze Gion, bo o samej Japonii jest sporo mniej, a jest to bardzo dobre źródło.

7/10

środa, 9 lipca 2014

Paolo Bacigalupi - Nakręcana Dziewczyna. Pompa numer sześć (MAG, UW 2011)

tytuł: Nakręcana Dziewczyna. Pompa numer sześć
tytuł oryginału: Small Offerings. pump Six and Other Stories. The Windup Girl
tłumaczenie: Wojciech próchniewicz
data wydania polskiego: styczeń 2011
wydawnictwo: MAG
seria: Uczta Wyobraźni
oprawa: twarda
liczba stron: 720
ISBN 978-83-7480-193-5

Książka Bacigalupiego pewnie całkiem długo czekałaby na swoją kolej gdyby nie sprytne urządzenie jakim jest czytnik. Pomysł by wydać zbiór opowiadań i powieść jako całość był doskonały z ekonomicznego punktu widzenia – czytelnika. Ta ponad 700 stronicowa książka była jednak zbyt nieporęczna dla delikatnej niewiasty (o zabraniu do torebki nie wspomnę) i po przeczytaniu kilku opowiadań, mimo oczarowania zawartością, musiałam ją odłożyć do bliżej nie określonego kiedyś. Z pomocą w końcu przyszedł wspomniany czytnik, dzięki któremu lektura w komunikacji miejskiej była zdecydowanie wygodniejsza. 

Autor swego czasu studiował w Chinach i wiele podróżował po Azji południowo-wschodniej, i wyraźnie inspirował się tamtejszą kulturą zarówno w przypadku opowiadań jak i powieści. Akcje, choć rozgrywają się w dalszej przyszłości nie do końca należą do nurtu s-f czy bardziej ogólnego terminu fantastyki. Jego książkę (jak wiele książek z Uczy Wyobraźni, jak choćby Tonąca Dziewczyna) można zaklasyfikować do Nowego Nurtu, New Weird, którego Jeff VanderMeer opisał słowami:  ‘a type of urban, secondary-world fiction that subverts the romanticized ideas about place found in traditional fantasy, largely by choosing realistic, complex real-world models as the jumping off point for creation of settings that may combine elements of both science fiction and fantasy.’. [Ann, Jeff VanderMeer, The New Weird, Tachyon 2008]. Złośliwi twierdzą, że do tego gatunku należą wszystkie książki, które wymykają się ze znanych nam szufladek kategorii, dyskusji na ten temat jest wiele. Jak tego nie nazwać, liczy się efekt, a ten jest iście fantastyczny.

Jak już wspomniałam, pierwszą część tomiszcza stanowią opowiadania Bacigalupiego pisane na przestrzeni  kilku lat. Każde z nich porusza nieco inny aspekt i wszystkie w niezwykły sposób trafiają do czytelnika. Autor często porusza problematykę ekologii, przeludnienia czy samotności. To nie jest treść, którą czyta się jednym ciągiem. Po każdym z opowiadań robiłam przynajmniej godzinę przerwy, ot, żeby pomyśleć, pokontemplować – każde z nich na to zasługiwało. Nawet jeśli są to tematy już wcześniej poruszane, to podane są w wyjątkowo przyjemnej oprawie. Opowiadania, które najbardziej zapadły mi w pamięć to Fletki, Maleńki ofiary oraz tytułowa Pompa nr 6.

O ile w opowiadania wpadłam od razu to powieść z początku mnie nie przekonywała, ale od pewnego momentu (nawet nie wiem kiedy) całkowicie zostałam przez nią pochłonięta, na tyle, że zdarzyło mi się przegapić przystanek, na którym powinnam wysiąść. Akcja „Nakręcanej Dziewczyny” rozgrywa się w królestwie Tajlandii, w przyszłości, której zagrażają liczne choroby, skażenia a żywność modyfikowana genetycznie staje się jedynym ratunkiem dla ludzi. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia kilu osób, co wprowadza trochę dynamizmu, zwłaszcza pod koniec kiedy rozdziały są krótsze a akcja zdecydowanie przyspiesza. Trwa tutaj swego rodzaju wojna między liberalnym (widzącym zysk w kontaktach z zagranicą) Ministerstwem Handlu a konserwatywnym i propagującym zamknięcie na świat zewnętrzny Ministerstwem Środowiska. Jednym z bohaterów jest urzędnik MŚ, Tygrys Bangkoku Jaidee i jego zastępczyni Kanya. Kolejną perspektywę możemy obserwować z punktu widzenia Lake’a Andersona, obcokrajowca i właściciela fabryki sprężyn oraz jego prawej ręki Hock Senga (kolejny punkt widzenia), Chińczyka, tzw. żółtej karty, narodu nie lubianego przez Tajów. Ostatnią osobą, której losy możemy śledzić jest tytułowa dziewczyna, wyprodukowany przez Japończyków, genetycznie zmodyfikowany Nowy Człowiek. Perfekcyjni, odporni na choroby i zaprogramowani tak by służyć dla kraju, w którym brakuje rąk do pracy. W Tajlandii zakazani, znienawidzeni jako odstępstwo od natury. Nasza bohaterka, Emiko, została porzucona przez swojego opiekuna, a jej nowy właściciel trzyma ją jako zabawkę w domu uciech. Splot wydarzeń w mniejszym lub większym stopniu łączy ze sobą wszystkich bohaterów. 

Po raz kolejny magowa seria zabiera nas w podróż po niezwykłym świecie, opisanym z pieczołowitością i wręcz z prawdziwą pasją. Chłoniemy klimat, kulturę i grzejemy się w upalnym słońcu Bangkoku. Nagrody Hugo, Nebula, Locus które Bacigalupi otrzymał w roku 2010 są całkowicie zasłużone. Opinie krytyków podzielają także czytelnicy, co widać zarówno w recenzjach jak i wysokiej sprzedaży. Kolejna książka, którą mogę zdecydowanie polecić każdemu. Uczta Wyobraźni to w końcu uczta dla wyobraźni ;)

ocena 9/10

piątek, 27 czerwca 2014

Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole (2010)

Tym razem pod recenzencką siekierkę wpadła animacja, nie nowa, bo z 2010 roku, studia Warner Bros w reżyserii Zack Snyder, którego można kojarzyć z tak znamienitych produkcji jak 300, Sucker Punch czy Świtu żywych trupów. Strażnicy Ga’Hoole, bo to o nich mowa, to opowieść na podstawie książek Kathryn Lasky, której głównymi bohaterami są sowy. Poruszone zostało w niej kilka wątków.

Mamy dwóch różnych braci, idealistycznego Sorena wierzącego w legendy o sowich strażnikach i niedocenionego ambitnego Kludda, który wsparcie znajdzie gdzieś indziej. Oczywiście niezmiennie pojawia się motyw walki dobra ze złem, w tym wypadku mamy piękne drzewo Ga’Hoole i sowie królestwo, natomiast z drugiej strony dyktatura oparta na sile i czystości rasowej – skojarzenie jednoznaczne. Rasa, która miałaby przejąć sowie królestwa to płomykówki, a każda scena w ich ‘twierdzy’ jest mroczna i poważna… prawie. Piękne ujęcie, kiedy to śnieżnobiała sowa, pani generał mówi o chlubie służenia i możliwości dołączenia do Akademii Tito – w tym momencie cała powaga legła w gruzach, a ja udławiłam się śmiechem. W końcu nie każdy zna łacinę, nie mówiąc o łacińskich nazwach zwierząt, a w tym języku płomykówka to Tyto Alba. Oczywiście tego później można się domyśleć, ale to już po fakcie. Na to można przymkną oko, ale kiedy pojawia się tajemniczy ‘metal’ ziejący dziwną magiczną siłą to zadałam sobie pytanie ‘czy oni nie przesadzają?’ albo mówiąc potocznie ‘wtf?’. Gdybym wspomniała o okutych w żelastwo sowach zajmujących się kowalstwem (śmiech) ktoś by powiedział, że się czepiam. Możliwe, ale to wszystko jest tak naciągane i przesadzone… ‘ale to tylko bajka’ ktoś powie. Zgadzam się, ale od bajki też powinno wymagać się minimum logiki, spójności i konsekwencji. Droga Sorena i przyjaciół do drzewa (potraktowanego po macoszemu) miałaby wyczerpująca i o ile pierwsza w jakiś sposób to pokazuje, to później droga w jedną czy drugą stronę zdaje się nic nie znaczyć. Mogłabym wymieniać wiele rzeczy, idąc scena po scenie, ale do tego lepszy byłby videoblog. Pomysł bajki nie był zły, ale wykonanie jest słabe. Przez cały czas trwania filmu poziom emocji jest na tym samym poziomie, po 15 – 20 minutach zaczęłam odczuwać znużenie. Humor jest żaden, napięcia nie ma żadnego bo całość jest strasznie przewidywalna, a efekty, które ewidentnie były kierowane pod efekt 3D i wręcz nachalny slow-motion próbujący dodać dramatyzmu, stawały się z czasem męczące. Podobne wątki, niezwykle już oklepane widziałam lepiej i ciekawiej rozwinięte w innych produkcjach. 

Nie mogę jednak nie docenić animacji jako takiej. Twórcy mnóstwo czasu spędzili w rezerwatach na obserwowaniu sów, ich wyglądu, poruszania się, zachowań. Wizualnie bajka jest śliczna. Refleksy świetlne, ruchy skrzydeł, piórek, puchatość sówek, perfekcyjna woda, każdy z tych efektów jest zachwycający i zasługują one na nagrodę. Ale jednak to nie jest najważniejsze kiedy idzie się do kina na bajkę (w większości rodzic z dzieckiem bądź młodzież szkolna). 
W jednej z opinii przeczytałam, że reżyser nie trafił tak naprawdę do żadnej grupy wiekowej. Małe dzieci mogą się wystraszyć upiornych nietoperzy i sów o czerwonych oczach, dorosły może być znudzony. Dlatego tak trudno znaleźć grupę, której można by bajkę polecić. No, z pewnością wielbicielom sów ;]. 

Podsumowując strażnicy to typowy średniak, ani zły ani dobry. Bajka z piękną animacją ale zrobiona na siłę, naciągana, niedopowiedziana i z błędami. Dzieciaki, które nie są strachliwe mogą obejrzeć, również bez strachu o skurcz brzucha ze śmiechu. Polecam dla tych rodziców, których dziecko widziało wszystkie bajki i nie wiedzą co jeszcze mogą mu włączyć. 
ocena 5/10

wtorek, 24 czerwca 2014

Filmoteczka - Sentymentalnie ;]

Wczoraj trafiłam na listę filmów, które mają (już!) 20 lat i poruszyła ona we mnie sentymentalną strunę. Pierwszy na liście był Forrest Gump, z którym tak naprawdę (zarówno z książką jak i filmem) zapoznałam się wcale nie tak dawno. W treści, przekazie jest nadal niezwykle aktualny, a przy tym dobrze się go czyta/ogląda. Na drugiej pozycji znalazł się Król Lew, po dzień dzisiejszy jedna z najlepszych (i najpopularniejszych) animacji jakie miałam okazję oglądać z piękną ścieżką dźwiękową w wykonaniu Eltona Johna i Hansa Zimmera. Od razu przypomniały mi się inne animacje, które po stokroć oglądało się na kasetach VHS. W 1994 premierę miał także Wywiad z wampirem (z Tomem Cruisem, Bradem Pittem i Kirsten Dunst), który mimo pewnych błędów i przemilczeń uważam za jedną z lepszych i spójnych ekranizacji książkowych jakie miałam okazję oglądać. Kolejnymi wymienionymi filmami są Pulp Fiction, Leon Zawodowiec, Wichry namiętności i Skazani na Shawshank, klasyki ale chyba tylko do Leona wracałam kilka razy. Po przeczytaniu listy sentymentalnie cofnęłam się w przeszłość przypominając sobie inne filmy, na których się ‘wychowałam’, albo które oglądałam wiele razy. Któż nie zna przygód Indiany Jonesa (przystojniak! ;]), Franka Dolasa z Jak rozpętałem II wojnę światową, Monty Python i Święty Graal, albo nieśmiertelnego Kevina w każde święta (może i się przejadł, ale sentyment zostaje), a i pokusiłabym się jeszcze o pierwsze dwa filmy Harry’ego Pottera (2001 i 2002 rok). Oczywiście jak już wspomniałam, cała lista animacji głównie Disneyowskich, ale i japońskich (Polonia 1), które o tym, że są japońskie dowiedziałam się po latach.  Chociaż lista filmów rośnie z dnia na dzień, to zawsze znajdę czas na sentymentalną podróż w przeszłość. Na pewno każdy ma takie filmy ;]

wtorek, 17 czerwca 2014

Paganini: Uczeń Diabła (2013)

Po wygrzebaniu informacji, że dystrybucja filmu Paganini: Uczeń diabła została przez Monolith Film w naszym kraju anulowana, postanowiłam obejrzeć go tak szybko jak to możliwe. Fantastyczna muzyka, dobrze dobrani bohaterowie i poruszająca historia skrzypka epoki baroku.

David Garrett, niemiecki muzyk, o którym już pisałam przy okazji premiery (świetnego) albumu Rock Symphonies, wcielił się w tytułową rolę. Jego wybór nie był przypadkowy, bo w roku 1997 ukazała się płyta z interpretacjami utworów Paganiniego [jego uroda i medialność z pewnością były kwestiami drugorzędnymi ;)]. Jako osoba nie będąca aktorem, dobrze poradził sobie z rolą, aczkolwiek nie była ona specjalnie wymagająca, bez setek stron tekstu. Najważniejsze były emocje, zarówno jego, jak i te wzbudzane u widza. Drugą rewelacyjną rolę miał sam ‘diabeł’ Urbani, wygląd, spojrzenie i sposób mówienia były bardzo przekonujące. W tej roli Jared Harris, który miał wiele dobrych ról, jak choćby w Lincolnie jako Ulysses S. Grant albo w drugiej części Sherlocka Holmesa jako profesor Moriarty. Właściwie wszystkie role drugoplanowe były dobrze dobrane i odegrane. Zdeterminowany żeby ściągnąć artystę do Londynu John Watson zagrany przez Christiana McKay, oraz jego córka Charlotte (Andrea Deck), którą Paganini obdarzył uczuciem. W ciekawy sposób została także przedstawiona mentalność i zachowania osób tamtej epoki. Także sama oprawa wizualna, techniczna jest bez zarzutu. 

Devil's Violinist to film biograficzny i muzyczny. Gra Davida Garretta jest niesamowita, porywająca, a nawet upajająca jakby grał ją sam diabeł. Jest to film zdecydowanie warty uwagi i dzięki niemu w przystępny sposób możemy poznać rys życia jednego z największych wirtuozów. Przy okazji premiery filmu ukazała się w październiku także płyta Garrett vs Paganini. W tym miejscu warto także wspomnieć o dwóch pięknych ariach. Jedną z nich, Io Ti Penso Amore śpiewaną przez Andreę Deck w filmie, Garrett wykonał także w duecie z Nicole Scherzinger. Drugą Ma Dove Sei, Garret napisał dla Andrea Bocielliego, co było dla muzyka wielkim zaszczytem. Oba utwory prezentuję poniżej. 

Ocena filmu jest wyjątkowo subiektywna ze względu na uczucie jakim darzę ten diabelski instrument ;] a do samego filmu na pewno nie raz wrócę.
9/10

(mniej subiektywnie to 8/10)